Anna Małgorzata Stankiewicz wywiad

Czasem trudno było mi przedłożyć rolę wydawcy nad rolę córki

Rozmowa z Anną Małgorzatą Stankiewicz

– Byłaś córeczką tatusia?

Chyba tak (śmiech). Długo byłam jedynaczką, mój brat Bartek urodził się, gdy miałam 9 lat. Do tego momentu byłam więc w centrum uwagi. Chyba nie doceniałam tego wtedy, dopiero teraz, po latach. Mama wciąż mi mówi, jak ważna byłam dla taty. Jedno z najpiękniejszych moich wspomnień z dzieciństwa, to gdy głaskał mnie po głowie przed zaśnięciem. Do dziś pamiętam dotyk jego dłoni.

– Jakim tatą był Mirosław Stankiewicz?

Trudnym. Zasadniczym. Takim trochę „starej daty”. Miał pomysł na mnie, abym była panienką z dobrego domu, co nie do końca mi pasowało. Ale był też bardzo wrażliwy. Łzy w jego oczach, to nie było coś, czego nie znałam.

Jak zaczęło się twoje fotografowanie?

Pierwsze moje świadome fotografowanie było podczas wakacyjnego wyjazdu z moim bratem, Bartkiem. Musiałam mieć ok. 15 lat. Pojechaliśmy w góry. Ja z aparatem, pewnie od taty. Zostały negatywy z tego wyjazdu. Na nich zamek w Niedzicy, górskie strumyki… Nie pamiętam, czy ja chciałam zabrać aparat, czy też tata mi zaproponował. Pamiętam za to dreszcz ekscytacji, który i teraz odczuwam fotografując.

Potem była przerwa, prawda?

Wróciłam do fotografii dopiero, gdy zostałam mamą. Naturalna kolej rzeczy chyba, chciałam uwieczniać swoich synów. Robiłam zdjęcia cyfrowym kompaktem, którego kupno doradził mi tata. Ale w pewnym momencie uświadomiłam sobie, że mógłby mnie przecież nauczyć robić lepsze zdjęcia, „prawdziwym” aparatem. Wtedy tata pożyczył mi analogowego Nikona i zalecił powrót do podstaw. To był świetny ruch.

Pewnego razu, gdy Michał, mój starszy syn, był chory, zestresowana, w oczekiwaniu na przyjazd lekarza, wyrwałam się na chwilę z tym aparatem do lasu. Mieszkałam już wtedy w Falenicy, las był za płotem. Skupiłam się na powykręcanych sosnach, tworzących pary. Efekty pokazałam potem tacie. Pochwalił mnie, że znalazłam sobie temat i rozpracowałam go. To był „ten” moment – poczułam, że przekroczyłam granicę fotograficznego wtajemniczenia. Odbitki z tej leśnej sesji tata oprawił i powiesił u siebie w pokoju.

To najwyższy stopień uznania.

Tak. To mnie utwierdziło, że moje fotografowanie ma sens. To był też już czas, gdy nasze relacje były inne, dojrzalsze. Gdy byłam mała, on był tatą-opiekunem, ja dziewczynką. Później był tatą nastolatki, którą wkurzał (śmiech). A potem założyłam swoją rodzinę. Oczywiście zawsze był, towarzyszył, ale dopiero pod koniec jego życia bardzo się zaprzyjaźniliśmy.

A jak doszło do spotkania Mirosława Stankiewicza z fotografią?

Przygoda taty z fotografią zaczęła się podczas studiów na wydziale lotniczym Politechniki Warszawskiej. Trochę za sprawą przyjaciela i kolegi z roku – Andrzeja K. Mroczka. Zorganizowali razem klub fotograficzny i pierwszy w historii uczelni konkurs fotograficzny. Moja babcia, wdowa, sprzedała swoją obrączkę ślubną i przekazała te pieniądze tacie na zakup pierwszego aparatu. Po studiach tata rozpoczął pracę w branży lotniczej. Ale nie odnalazł się w tym. Zaczął się realizować jako dziennikarz piszący na tematy społeczne i gospodarcze. Z czasem z pracy ze słowem przerzucił się na pracę z obrazem o podobnej tematyce. Lubił też fotografować przyrodę, zachowało się wiele jego pięknych pejzaży. Ale wyraźnie ciągnęły go inne tematy, przede wszystkim człowiek, fotografia humanistyczna. Dobrze to się uwidaczniało podczas plenerów malarsko-fotograficznych, na które mnie zabierał. Uczestnicy szli zazwyczaj do stadniny fotografować konie, a tata do miasteczka, podglądać przez obiektyw życie mieszkańców.

Miał duszę fotoreportera.

Tata przedstawiał się jako fotoreporter. Fotografia, którą uprawiał w tamtym czasie miała głównie charakter publicystyczny. Dużo w tym celu podróżował po Polsce. Potem zaczął pracować w tygodniku „Radio i telewizja”, późniejszej „Antenie”. Jego zadaniem była dokumentacja powstających audycji i programów. Stworzył bogate archiwum tamtego okresu historii naszych mediów. W stanie wojennym został zwolniony. Tułał się trochę. Potem, w latach 90. pracował w czasopiśmie spółdzielczości osób niewidomych. Bardzo wszedł w to środowisko, zaangażował się. Zaprzyjaźniał się z bohaterami swoich zdjęć. Jego wrażliwość społeczna miała okazję ponownie się ujawnić. A potem przyszedł wolny rynek, mniej przyjazne czasy dla fotoreporterów, skończyły się etaty w redakcjach… Trzeba było chodzić po redakcjach, szukać zleceń. Było to dla niego trudne. Próbował więc się odnaleźć w fotografii reklamowej. Czasem nawet pomagałam mu przy realizacji sesji.

Tak zostałaś modelką

Zdarzało się to już wcześniej, gdy byłam mała. W tym jego okresie „reklamowym” robiliśmy np. sesje szczotkom (śmiech). Tata zajął się też fotografią architektury i wnętrz. Człowiek zniknął z jego zdjęć… Fotografia wnętrz wymagała doskonałej jakości technicznej, więc wciąż się doskonalił, fascynował rewolucją cyfrową.

Czyli tata był samoukiem.

Tak, żadnej szkoły fotograficznej nie kończył. Wiedzę zdobywał na zasadzie prób i błędów oraz dzięki wymianie informacji z innymi fotografikami oraz studiowaniu cudem zdobytych zagranicznych magazynów fotograficznych. A w niedzielę obowiązkowo słynna giełda fotograficzna w Stodole. Wiele godzin spędzał w swojej pracowni, analizował różne rozwiązania, udoskonalał rękodzielniczo sprzęt…

Opowiedz o pracowni!

Och, wiele przyjemnych wspomnień się nią z nią wiąże. Początkowo, gdy już mieszkaliśmy na warszawskim Rakowcu, była w łazience. Ale z czasem, jakimś sposobem udało się tacie wynająć duże pomieszczenie piwniczne. Wyremontował je, dostosował, wyposażył. Miał tę pracownię do końca życia. Tam było wszystko, studio, lampy, wanna… I mnóstwo zdjęć na ścianach. Chciałabym przenieść się w czasie i znów się tam znaleźć. To tam wywoływałam z nim zdjęcia, tam odbywały się sesje, jak ta dla Pudliszek. Trzymałam wtedy ogromną tekturową puszkę po papierze fotograficznym, tata mnie fotografował, potem był „fotoszop” czyli nożyczki, przyklejanie i ponowne fotografowanie. W podobny sposób pozowałyśmy z Ulą, moją przyjaciółką, z miednicami, które potem tata przerobił na ogromne puszki z pasztetem.

fot. Mirosław Stankiewicz

Czy tata starał się zaszczepić tę pasję tobie?

Nie wywierał na mnie presji. Ale być może robił to bardzo subtelnie i żyję w przekonaniu, że to mnie samą do fotografii ciągnęło. Nigdy nie brałam jednak pod uwagę fotografii jako sposobu na życie. Myślałam, że mój brat przejmie pałeczkę. Ale tak się nie stało.

Uważałaś, że to jest męski zawód?

Mogłam tak to widzieć. Nie do końca wiem, dlaczego nie brałam pod uwagę fotografii zawodowej jako drogi dla siebie. Może za dużo napatrzyłam się na trudy tego zawodu. Już po śmierci taty zdarzyło się jednak coś, co odczytuję jako „namaszczenie mnie” na fotografkę, którego udzielił mi tata. Zostawił po sobie swoją pierwszą cyfrową lustrzankę, aparat na który długo zbierał oszczędności i który z pasją poznawał. Dla mnie było oczywiste, że Bartek przejmie ten aparat. Nie miał już wtedy, w 2005 roku, dużej wartości materialnej. Ale emocjonalną – ogromną. Znaleźliśmy list taty, w zasadzie testament, zgodnie z którym Bartek miał dostać całe wyposażenie pracowni, a ja, nieoczekiwanie, aparat. Zrozumiałam, że tata chciał mi przekazać w ten sposób, że mam fotografować. Bartek z kolei sprzedał odziedziczony sprzęt. Wymagało to dużo pracy z jego strony, ale za zdobyte w ten sposób pieniądze kupił wymarzony, samochód. Tata pomógł mu więc zrealizować jego wielkie marzenie.

A masz jeszcze ten aparat?

Długo nim fotografowałam, ale to była duża lustrzanka, za ciężka dla mnie. Sprzedałam z bólem serca i kupiłam mniejszego bezlusterkowca. Wyszłam z założenia, że ważniejsze jest, żebym robiła zdjęcia, niż roztkliwiała się i tylko odkurzała aparat leżący w gablocie. Myślę, że tata by to poparł.

Czym są „Figle-migle”?

Książką fotograficzną, a jednocześnie – hołdem dla taty. Kilka lat temu, gdy moi chłopcy dorośli, a moje życie się uspokoiło, zaczęłam uważniej przyglądać się zdjęciom taty, zgromadzonym w pięknie uporządkowanym przez mamę archiwum. Uświadomiłam sobie, że mają ogromną wartość, nie pieniężną, kulturową. Nawiązałyśmy z mamą kontakt z Fundacją Archeologii Fotografii, gdzie utwierdzono nas co do wartości archiwum taty i sensu zrobienia z nim czegoś więcej. Równolegle zaczęłam się więcej interesować historią fotografii, jej wybitnymi twórcami, co utwierdziło mnie w tym przekonaniu. Doszłam do wniosku, że warto sprawić, aby twórczość taty stała się bardziej znana. Co prawda fotografie taty funkcjonują w różnych miejscach, można je kupić w agencji, są w archiwum TVP. Ale to tylko część jego dorobku. Splotło się więc kilka rzeczy: moje zainteresowanie fotografią, miłość do książek ogólnie, zawodowe umiejętności przygotowania publikacji oraz udział w warsztatach z zinów fotograficznych. Warsztaty prowadziła Natalia Mikołajczuk, czyli projektantka „Figli-migli” – w ten sposób się poznałyśmy. Mój zin fotograficzny „Cud”, który powstał w ich trakcie, był małą wprawką. Czułam, że chcę zrobić coś większego, opartego na zdjęciach taty. Po trochu dojrzewałam, zbierałam informacje, obserwowałam. Przy tym bardzo lubię książki fotograficzne. Śledzę, co się w tym obszarze dzieje, uczestniczę w zbiórkach na ich powstawanie.

– Co było kluczem doboru zdjęć?

Dokładniejsze poznawanie dorobku zaczęłam od przyglądania się zdjęciom z lat 60, czyli początków jego fotografowania. Te czasy miło mi się też kojarzą, rodzice młodzi, przystojny tata, śliczna mama…  Patrzyłam na zdjęcia taty w kontekście prac mistrzów tamtych czasów, Cartier-Bressona zwłaszcza. To jest tego typu fotografia, ta sama klasa. Klasyczne kadry, elegancja, anegdotyczne scenki. Wybrałam 400 zdjęć, które dziś określilibyśmy jako streetowe.   

Dlaczego dzieci?

Gdy przeglądałam wybrane zdjęcia, spostrzegłam, że na co drugim, trzecim zdjęciu – dziecko! Spotkałam się z Natalią. Usiadłyśmy nad nimi i rozmawiałyśmy – jak to ugryźć, jaki klucz znaleźć. Wyłonił się motyw przewodni: dzieci, młodzież, dorastanie. Zaintrygowało nas patrzenie taty na dzieci. W kontekście tego, że potem sam stał się ojcem, dziadkiem. Pomyślałam – to jest to! Dołączyłam zdjęcia dzieci i młodzieży, które odpadły przy pierwszej selekcji. I znów było około 400! Jak dokonać wyboru nie więcej niż stu? Wtedy Natalia zasugerowała dodatkowe kryteria, np. że warto się zdecydować, czy to będą portrety czy szersze plany. Okazało się, że portretów jest stosunkowo mało. Wybrałyśmy szersze plany, na których widać kontekst, umiejscowienie młodych bohaterów w rzeczywistości lat 60. Gdy zostało 200 zdjęć, Natalia zrobiła pierwszy układ. Pojawił się pomysł urozmaicenia książki wyliczankami.

– Wyliczanki?

Miałyśmy zestaw zdjęć ułożonych według pór roku, nie chciałyśmy jednak takiego podziału zbytnio podkreślać. Oglądanie książki miało też nie być zwykłym przeglądaniem zdjęć. Więc oprócz przekształcania układu, wydobywania esencji i tworzenia sekwencji przechodzących jedna w drugą, szukałyśmy czegoś, co urozmaici książkę i podkreśli jej charakter. Już wtedy wiedziałam, że to ma być pogodna książka. Wybrane zdjęcia zostały zrobione w trudnych czasach, ale widoczna na nich radość, taka wbrew wszystkiemu, jest cudowna! Ta beztroska bohaterów, jakby żyli w swoim, niezależnym świecie, obok świata dorosłych. Republika dzieci. Widać, że miały swój świat, w którym się dobrze czuły, w którym kwitły przyjaźnie, ale zdarzały się też bijatyki. I tak pojawiła się koncepcja, że skoro to ma być pogodne, to trzeba dodać element, który to podkreśli.  Coś z tamtych czasów, może jakieś wierszyki – różne pomysły były. Natalia zaproponowała wyliczanki. Zaczęłam więc szukać tekstów, takich, które mogły funkcjonować w latach 60. Wtedy trafiłam na książkę Krystyny Pisarkowej „Wyliczanki polskie”. Zrobiłam też wywiad wśród znajomych dzieci, przepytałam moich synów, czy znają wyliczanki. Okazało się, że jak najbardziej. Zapomnieliśmy o nich trochę, ale znamy je wszyscy. Pozostawała jeszcze kwestia tytułu. Miałam czarną dziurę w głowie, Natalia na szczęście nie. „Figle-migle”? – zaproponowała. Spodobało mi się. Chyba dosyć odważnie, ale innego tytułu już sobie nie wyobrażam. Zdaniem mamy, tacie też byś się spodobał. Lubił dobry humor i zdjęcia z humorem, zwłaszcza lekko surrealistycznym.

Wspominałaś o Natalii, która zaprojektowała publikację.  W książce oprócz zdjęć znajdziemy też teksty –  wprowadzenie,  tekst krytyczno-naukowy, notkę biograficzną, opisy zdjęć. Wszystkie w dwóch językach – polskim i angielskim. Trzeba było też profesjonalnie zeskanować klisze. Jak dotarłaś do ludzi, z którymi pracowałaś nad książką?

To był proces. Jedno wynikało z  drugiego. Zaczęło się od warsztatów i znajomości z Natalią. Z nią zrobiłam mój zin i do niej wróciłam z pomysłem książki. O naszej wspólnej pracy już opowiedziałam. Równolegle szukałam kogoś, kto napisze tekst krytyczny, kto od strony fachowej na te fotografie spojrzy, żeby umieścić dorobek taty w historii fotografii. W Fundacji Archeologia Fotografii polecono mi młodą naukowczynię Kamilę Leśniak-Dworniczak, która specjalizuje się w historii fotografii. Bardzo się zaangażowała w temat.

Znała prace taty wcześniej?

Nie, nie znała, ale szybko weszła w temat, odwiedziła mamę, obejrzała archiwum. Kamila jest autorką pracy doktorskiej o słynnej amerykańskiej wystawie fotografii „Rodzina człowiecza” (Family of men), która w 1956 roku dotarła do Warszawy. Ciekawiło ją, czy tata widział tę wystawę, czy może nawet jego fotografowanie dzieci było pod jej wpływem. Nie udało mi się tego z całą pewnością ustalić, ale znalazłam negatywy, na których jest reprodukcja katalogu wystawy. Myślę więc, że w jakimś stopniu wystawa ta mogła być dla taty inspirująca. W trakcie pracy nad książką pojawiła się też potrzeba ponownego zeskanowania zdjęć. Natalia poleciła Tomka Kubaczyka, który jest świetnym specjalistą w tej dziedzinie. Marzy mi się, aby książka zaistniała nie tylko w Polsce, ale i poza nią, dlatego teksty są w dwóch językach: polskim i angielskim. Tłumaczenie przygotował Tomasz Jamróz. Autorką notki biograficznej jest moja mama, Krystyna Stankiewicz. Ona też jest autorką opisów do zdjęć. Opisy te zostały potem jeszcze uzupełnione o szczegóły lokalizacyjne przez znakomitego varsavianistę – Jakuba Jastrzębskiego.

I jak ci się pracowało w takim wspaniałym zespole?

Fakt, że te osoby zgodziły się w tym przedsięwzięciu uczestniczyć, był też dla mnie źródłem spokoju, że powstanie publikacja wysokiej jakości – na czym bardzo mi zależało. Praca rozciągnęła się w czasie. Miały na to wpływ czynniki zewnętrze, ale też moje osobiste zmagania. Czasem trudno było mi przedłożyć rolę wydawcy nad rolę córki…

A jak się poczułaś gdy próbna makieta książki trafiła w twoje ręce?

To był wzruszający moment. Odebrałam ją od Natalii, wsiadłam do samochodu, zapaliłam sobie lampkę i oglądałam. Jak obejrzałam, to siedziałam i trzymałam tę książkę w rękach. Wgapiałam się. Trwało to chyba z godzinę. Pomyślałam, że nie mogę tak siedzieć. Chciałam ruszyć, okazało się, że nie mogę (śmiech). Padł akumulator.

Perspektywa, że pracujesz nad dorobkiem ojca, sprawiała, że czułaś ciężar odpowiedzialności, prawda?

No tak, żeby stanąć na wysokości zadania. I cały czas rozmowy z moimi bliskimi i ze sobą prowadzę. Jak to udźwignąć. Praca nad książką to był proces również we mnie. Proces, któremu towarzyszy trema, ale i radość.

Czy konsultowałaś z Michałem i Maćkiem, twoimi synami, dobór zdjęć? Pomagali ci w tym?

Przeprowadziłam pewien eksperyment z moimi synami i pozostałymi wnukami Mirosława – Kubą, Łucją i Frankiem. Wybrałam dziesięć zdjęć i pokazałam każdemu z nich, niezależnie. Pytałam, które zdjęcie im się najbardziej podoba i dlaczego. Jedno zdjęcie zdobyło najwięcej głosów. Ale każdemu spodobało się z innego powodu. Komuś spodobał się tornister,  Łucji – jedynej dziewczynce w tym gronie – sukienka. Zdania, czy na zdjęciu jest dziewczynka czy chłopiec były podzielone. Pytałam też ich wszystkich, kiedy te zdjęcia były zrobione. Dawno – odpowiadali. Dlaczego? Bo są czarno-białe. Okazało się, że przedstawione na nich sytuacje nie były czymś, czego nie doświadczyli. Spodziewałam się, że te fotografie będą dla nich bardzo archaiczne. A oni znaleźli dla siebie mnóstwo odniesień do tego, co znają i rozumieją. Liczę, że to będzie książka rodzinna i że starsi znajdą w niej coś dla siebie, że uruchomi w nich wspomnienia.

Dziewczynka przed witryną sklepu fot. Mirosław Stankiewicz

A czy chciałabyś coś jeszcze przekazać czytelnikowi twojej książki?

Jest w tej książce osobista historia, ale nie jest moim głównym celem kierowanie na nią uwagi, niech zostanie w tle. Chciałabym, żeby ta publikacja była przede wszystkim przyjemna do oglądania i krzepiąca. Żeby pokazała, że w czasach trudnych można się śmiać, bawić, mieć radość życia. Mam nadzieję, że każdy znajdzie w tej książce coś ze swojego dzieciństwa – zarówno ci, dla których się ono jeszcze nie skończyło, ale też ci, dla których jest ono oddalone w czasie.

Ja wzruszyłam się do łez, gdy oglądałam projekt książki po raz pierwszy. Poruszyły mnie zdjęcia, ale także to, co w niej napisałaś. Twoja historia.

To najpiękniejsza recenzja.

Czy będziesz kontynuować serię wydawniczą?

Kuszące, ale na razie nie mam konkretnych, dalszych planów. Książka jest wydana z własnych środków, choć można powiedzieć, że tata ją sfinansował. Już po jego śmierci udało się bowiem ściągnąć od zleceniodawcy zaległą należność za zrealizowany materiał zdjęciowy, z którego rozliczeniem tata długo się zmagał. I właśnie dzięki tym środkom mogłam wydać „Figle-migle”. Więc jeśli uda mi się nakład sprzedać, będzie o czym myśleć.

Tematów jest mnóstwo

Tak, mnóstwo. Archiwum taty liczy około 100 000 klatek, więc jest z czego wybierać. Choć, oczywiście, nie ilość a jakość się liczy. A to są doskonałe fotografie. Liczę na to, że „Figle-migle” to ważny krok w rozpowszechnianiu dorobku taty.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Anna Stanowska

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *